„W czym radość szaleńca, który porzuca lotos dla papierowego kwiatu?”
Zastanawiałam się co tak naprawdę skłoniło te bezczelne myśli do powrotu. Wydawało mi się, że odeszły na zawsze, że zwalczyłam je.
Siedząc nad kubkiem aksamitnie czarnej kawy, trując swój mózg kłębami papierosowego dymu, wspominam to co działo się przez ostatnie miesiące… Krzywdę, stoczenie się na dno i powrót na szczyty. Czemu znowu mam ochotę spaść w przepaść? Po raz kolejny zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby tylko chciał wrócić, to nie mogłabym zagwarantować że powiedziałabym ‘nie’. To jest takie niesprawiedliwe… Zwłaszcza wobec mojego nowego amanta.
Niech mnie zostawi w spokoju, nie wrzuca tych beznadziejnych piosenek o skrzywdzonej miłości na swoje konto… Nie chcę od niego nawet promyczka nadziei na to, że cokolwiek można jeszcze naprawić.
Nie chcę, by kiedykolwiek stanął na mojej drodze, dla naszego obopólnego dobra.
Nie będziemy ze sobą szczęśliwi, nigdy. Ja nie umiem nie być uzależniona od niego, on nie umie uzależnić się ode mnie w podobnym stopniu gdy ma mnie ciągle na wyciągnięcie ręki. Na najdrobniejszy gest reaguję jak dobrze wytrenowany pies, wyczytujący polecenia pana, zanim ten jeszcze zdążył je pomyśleć.
To jest złe do szpiku kości, to uczucie. Było takie od początku, od dnia narodzin krzywdziło wszystkich wokół, nie pomijając nas – jego stwórców. Wbijając kolejne szpilki, potem noże i sztylety w nasze serca z dziką satysfakcją, graniczącą z upojeniem, sprawdzało ile jeszcze wytrzymamy. Każdy ma jakieś granice bólu. Okazało się, że nasze są maksymalnie przesunięte, że jesteśmy w stanie zrobić wiele byleby poczuć tą narkotyczną bliskość drugiej osoby.
Aż doprowadziło nas niemal do całkowitego zobojętnienia, które bardzo szybko przerodziło się w szaleństwo. Nie wiem co gorsze.
Odcinając się od tego całkowicie, poukładałam swoje życie w sposób dla mnie najbardziej zadowalający. Byłam przez parę chwil cholernie, idealnie szczęśliwa. A teraz mam wrażenie, że on szykuje się na batalię, że chce znów podbić mury mojej warowni… Więc z duszą na ramieniu siedzę na wieży strażniczej, wypatrując jego kolejnych ruchów, marząc o sile która pomogłaby mi je stłamsić w zarodku.
Jednocześnie pragnąc, by jego plan był wystarczająco przebiegły, by się powieść, bez względu na mój opór.
Najnowsze notki